Redaktor: - Co myślisz o zespołach rockowych, takich jak Radiohead, które twierdzą, że inspirują się Twoją twórczością?
Rysiek: - Pewni artyści mogą lubić moją muzykę, bo po prostu sami nie są w stanie jej nagrać, nie mają takiego sprzętu i możliwości.
Przeczytane w październikowej Machinie.
*przen. zawadiacki, pewny siebie, wyzywający.
poniedziałek, 5 października 2009
czwartek, 1 października 2009
Utalentowany Pan Gosling

W życiu jest tak, że czasami zachwycają cię rzeczy, po których nigdy byś się tego nie spodziewał/a. Urzekają cię, choć nie wiesz dlaczego. Taka sytuacja przytrafiła mi się niedawno, podczas przesłuchiwania imiennej płyty Dead Man's Bones. To nie mój klimat, wolę jak z głośników uderzają mocne rytmy z 'grubym basem'. A tu taka niespodzianka. Tak naprawdę postanowiłam sprawdzić ten album tylko ze względu na Ryan'a Gosling'a, którego do tej pory podziwiałam za talent aktorski, a teraz odkrył swój kolejny talent - jest świetnym wokalistą i muzykiem [gra na pianinie i gitarze]. Skład Dead Man's Bones uzupełnia jeszcze Zach Shields.
Muzyka Dead Man's Bones to wyrafinowany, amerykański folk, nad którym krąży duch The Doors [co najlepiej słychać w kawałku "In the Room Where You Sleep"]. Całość jest bardzo oszczędna, wręcz minimalistyczna. Utwory grane są na dwa instrumenty [pianino, perkusja, gitara i instrumenty dęte w różnych kombinacjach]. Absolutnym strzałem w dziesiątkę jest współpraca Dead Man's Bones z chórem dziecięcym. Brzmi to po prostu fenomenalnie - utwory takie jak "Pa Pa Power" [mój absolutny faworyt], czy najbardziej znany utwór DMB, "Lose Your Soul" bez chóru nie brzmiały by tak dobrze. Niemal każdy z dwunastu utworów na płycie czymś mnie urzekł. Może to głos Goslinga, może to przyjemne melodie, a może dziecięcy chór, w każdym razie wiem, że ten album często będzie gościł w moich słuchawkach podczas długich, październikowych wieczorów.
wtorek, 29 września 2009
Kto wcześnie wstaje...
...temu się nudzi, więc z braku lepszych zajęć, nadrabia zaległości.

Do moich koncertowych zdobyczy jakiś czas temu dołożyłam dwóch artystów, uchodzących za swoiste gwiazdy muzyki elektronicznej. Pomimo, iż tworzą oni zupełnie różne rodzaje tego gatunku, zarówno ich koncerty, jak i aspekt pozamuzyczny, mają wiele wspólnego. Mam tu na myśli Karin Dreijer Andersson, znanej jako wokalistkę The Knife, a obecnie również z solowego projektu Fever Ray, oraz Richarda Davida Jamesa, twórcy niezliczonych projektów - najlepiej znany jako Aphex Twin. Co łączy tych państwa? Na pewno nie muzyka, Fever Ray, który miałam okazję zobaczyć, to przede wszystkim łagodny ambient, Aphex z kolei, to... No, właśnie. Twórczości Richarda nie da się jednoznacznie zakwalifikować. Z pewnością najlepiej są znane jego dokonania ambientowe [Selected Ambient Works], ale 'hitami' stawały się kawałki czysto IDM-owe ["Windowlicker" i "Come to Daddy"]. Przewrotność Aphexa widać na każdym kroku - niby dużo gra, koncertuje, jest częstym bywalcem najlepszych europejskich klubów, a mimo to, ma gdzieś zdanie fanów i od wielu lat po prostu 'robi swoje'. Podobnie jest z Karin. Uwielbienie fanów nie przeszkadza jej w zachowaniu odpowiedniego dystansu i powściągliwości w relacjach z nimi. Muzycznie również ich nie rozpieszcza - chłodne, klimatyczne dźwięki sprawiają, że jest to muzyka mniej przystępna, niż choćby wspomniany przeze mnie wcześniej The Knife.
Miało być koncertowo, a zatem: panie przodem.
Koncert Fever Ray był dla mnie główną atrakcją drugiego dnia Festiwalu Nowa Muzyka w Katowicach. Przyznaję bez bicia. Ani The Knife, ani Fever Ray nie są projektami, których słucham na co dzień, ba, nigdy w żaden się jakoś specjalnie nie wkręciłam. Jednak cała otoczka towarzysząca obu, rozbudza ciekawość i chęć zobaczenia przynajmniej jednego z nich, a ponieważ uczestnictwo w koncercie The Knife graniczy z cudem, zaproszenie Karin solo okazało się świetnym przedsięwzięciem. Scena, na której miała pojawić się Szwedka, już na kilka godzin przed występem była przygotowana na jej nadejście. Staromodne lampy, dywany już wtedy wskazywały, że może być to koncert niezwykły. I takim był w istocie. Po raz pierwszy tego dnia, namiot, w którym odbywał się koncert, został zapełniony po brzegi. Niezawodny instynkt przepychacza po raz kolejny pozwolił mi na zobaczenie koncertu dokładnie, w każdym szczególe. Gdy na scenie na moment zgasły wszystkie światła i pojawili się muzycy, ubrani w interesujące stroje, wszyscy zasłoniętymi [lub pomalowanymi] twarzami, już wiedziałam, że ów koncert będzie niesamowitym doznaniem.

Fot. Marta B=aoejowska / AG
Gdzieś za plecami muzyków, zupełnie z tyłu, na samym końcu, pojawiła się sprawczyni całego zamieszania, ubrana w imitację niedźwiedziej skóry, przymocowanej do stelaża. Ok, nie spodziewałam się czegoś takiego. Nigdy nie potrafiłam wyobrazić sobie głosu Karin brzmiącego na żywo. Przyznam szczerze, że trochę się tego obawiałam, jednak zupełnie niepotrzebnie. Wokal Karin idealnie pasował do całego spektaklu, doskonale budując napięcie i współgrając z zapierającymi dech w piersiach pokazami laserów. Trwający ponad godzinę koncert, właściwie trudno jest nazwać koncertem. Dla mnie było to genialne, dopracowane w każdym detalu przedstawienie. Stroje, światła, zachowanie muzyków sprawiło, że było to niesamowite, wręcz mistyczne doznanie, które stawia koncert Fever Ray wysoko w rankingach moich najlepszych tegorocznych koncertów.
Gdy dowiedziałam się o planowanym występie Aphex Twina na krakowskim festiwalu Sacrum Profanum, bardzo się ucieszyłam. Bo lubię jego twórczość, bo fajnie byłoby potańczyć przy "Windowlickerze", bo to żywa legenda muzyki elektronicznej i kilka innych 'bo'. Dobra zacznę od początku, czyli momentu, w którym moja noga przekroczyła granicę huty im. T. Sendzimira. Lepszego miejsca na koncert Aphexa po prostu nie mogłam sobie wymarzyć. Surowe, industrialne przestrzenie, świetnie oddawały klimat. Na środku wielkiej hali, w której miał się odbyć set, postawiono ptasie gniazdo - wysokie rusztowanie, z górną częścią otoczoną pleksiglasem. Cała hala mogła bez problemu pomieścić kilka tysięcy fanów, brawa dla organizatorów za tę lokalizację. Może wreszcie coś o muzyce. Grający na rozgrzewkę DJ serwował mieszankę broken beatów i IDM-u, wszystko oparte na beacie. Nieźle się zapowiada, pomyślałam wtedy. Gdy przed 22 na scenie pojawił się Aphex nie posiadałam się z radości, zapowiadał się dziki wieczór. Dziki to on może i był, owszem, ale na pewno nie tak, jakbym sobie tego życzyła. Trwający blisko dwie godziny set był istnym popisem jungle. Aphex prawie w ogóle nie grał utworów opartych na beacie [no, może grał tak jakieś 20 minut], nie można było tańczyć, ba! Trudno było się do tego rytmicznie pobujać! Byłam zawiedziona, bo nie tego się spodziewałam, pierwszy koncert Aphexa w Polsce, więc mógłby przypodobać się publiczności... Taa, przecież to Richard James. On ma gdzieś sympatię publiczności. Dopiero, gdy to do mnie dotarło i po wyjaśnieniu mi wszystkiego przez kolegę, zrozumiałam, o co tak naprawdę chodzi. Dopracowane, świetlne przedstawienie, lasery w roli głównej, promienie przecinające całą halę wzdłuż i wszerz, animacje rodem ze znanego wszystkim Commodore 64, nie mające sensu figury geometryczne nakładające się na siebie w niezrozumiałych kombinacjach miały na celu zahipnotyzowanie widzów. I to się udało. Gdy na telebimach pojawiła się twarz Richarda zniekształcana, jak w teledysku do "Come to Daddy", której towarzyszyło spowolnione miauczenie kota, dźwięk pianina, odgłos dziewczynki i Bóg wie co jeszcze, nie mogłam oderwać wzroku.
o tym mowa
Przez cały set, Richard tylko raz oderwał wzrok od laptopa. Tak, jakby chciał udowodnić, że wbrew temu co widzimy i słyszymy, kontroluje ten chaos i ma doskonałą świadomość tego, jak nieprzystępne dźwięki może generować. Jego skupienie na generowaniu dziwnych dźwięków, jeszcze bardziej budowało atmosferę. Psychodeliczne show, jakim uraczył mnie Aphex dosłownie zmieliło mi mózg, nie spałam następnej nocy, kolejnej śniła mi się wspomniana twarz Ryśka... Do tej pory mnie przeraża i jednocześnie fascynuje. Byłam na koncercie piątkowym, podobno w sobotę było jeszcze bardziej porąbanie.
PS
Aphex rządzi moim foobarem.

Do moich koncertowych zdobyczy jakiś czas temu dołożyłam dwóch artystów, uchodzących za swoiste gwiazdy muzyki elektronicznej. Pomimo, iż tworzą oni zupełnie różne rodzaje tego gatunku, zarówno ich koncerty, jak i aspekt pozamuzyczny, mają wiele wspólnego. Mam tu na myśli Karin Dreijer Andersson, znanej jako wokalistkę The Knife, a obecnie również z solowego projektu Fever Ray, oraz Richarda Davida Jamesa, twórcy niezliczonych projektów - najlepiej znany jako Aphex Twin. Co łączy tych państwa? Na pewno nie muzyka, Fever Ray, który miałam okazję zobaczyć, to przede wszystkim łagodny ambient, Aphex z kolei, to... No, właśnie. Twórczości Richarda nie da się jednoznacznie zakwalifikować. Z pewnością najlepiej są znane jego dokonania ambientowe [Selected Ambient Works], ale 'hitami' stawały się kawałki czysto IDM-owe ["Windowlicker" i "Come to Daddy"]. Przewrotność Aphexa widać na każdym kroku - niby dużo gra, koncertuje, jest częstym bywalcem najlepszych europejskich klubów, a mimo to, ma gdzieś zdanie fanów i od wielu lat po prostu 'robi swoje'. Podobnie jest z Karin. Uwielbienie fanów nie przeszkadza jej w zachowaniu odpowiedniego dystansu i powściągliwości w relacjach z nimi. Muzycznie również ich nie rozpieszcza - chłodne, klimatyczne dźwięki sprawiają, że jest to muzyka mniej przystępna, niż choćby wspomniany przeze mnie wcześniej The Knife.
Miało być koncertowo, a zatem: panie przodem.
Koncert Fever Ray był dla mnie główną atrakcją drugiego dnia Festiwalu Nowa Muzyka w Katowicach. Przyznaję bez bicia. Ani The Knife, ani Fever Ray nie są projektami, których słucham na co dzień, ba, nigdy w żaden się jakoś specjalnie nie wkręciłam. Jednak cała otoczka towarzysząca obu, rozbudza ciekawość i chęć zobaczenia przynajmniej jednego z nich, a ponieważ uczestnictwo w koncercie The Knife graniczy z cudem, zaproszenie Karin solo okazało się świetnym przedsięwzięciem. Scena, na której miała pojawić się Szwedka, już na kilka godzin przed występem była przygotowana na jej nadejście. Staromodne lampy, dywany już wtedy wskazywały, że może być to koncert niezwykły. I takim był w istocie. Po raz pierwszy tego dnia, namiot, w którym odbywał się koncert, został zapełniony po brzegi. Niezawodny instynkt przepychacza po raz kolejny pozwolił mi na zobaczenie koncertu dokładnie, w każdym szczególe. Gdy na scenie na moment zgasły wszystkie światła i pojawili się muzycy, ubrani w interesujące stroje, wszyscy zasłoniętymi [lub pomalowanymi] twarzami, już wiedziałam, że ów koncert będzie niesamowitym doznaniem.

Fot. Marta B=aoejowska / AG
Gdzieś za plecami muzyków, zupełnie z tyłu, na samym końcu, pojawiła się sprawczyni całego zamieszania, ubrana w imitację niedźwiedziej skóry, przymocowanej do stelaża. Ok, nie spodziewałam się czegoś takiego. Nigdy nie potrafiłam wyobrazić sobie głosu Karin brzmiącego na żywo. Przyznam szczerze, że trochę się tego obawiałam, jednak zupełnie niepotrzebnie. Wokal Karin idealnie pasował do całego spektaklu, doskonale budując napięcie i współgrając z zapierającymi dech w piersiach pokazami laserów. Trwający ponad godzinę koncert, właściwie trudno jest nazwać koncertem. Dla mnie było to genialne, dopracowane w każdym detalu przedstawienie. Stroje, światła, zachowanie muzyków sprawiło, że było to niesamowite, wręcz mistyczne doznanie, które stawia koncert Fever Ray wysoko w rankingach moich najlepszych tegorocznych koncertów.
Gdy dowiedziałam się o planowanym występie Aphex Twina na krakowskim festiwalu Sacrum Profanum, bardzo się ucieszyłam. Bo lubię jego twórczość, bo fajnie byłoby potańczyć przy "Windowlickerze", bo to żywa legenda muzyki elektronicznej i kilka innych 'bo'. Dobra zacznę od początku, czyli momentu, w którym moja noga przekroczyła granicę huty im. T. Sendzimira. Lepszego miejsca na koncert Aphexa po prostu nie mogłam sobie wymarzyć. Surowe, industrialne przestrzenie, świetnie oddawały klimat. Na środku wielkiej hali, w której miał się odbyć set, postawiono ptasie gniazdo - wysokie rusztowanie, z górną częścią otoczoną pleksiglasem. Cała hala mogła bez problemu pomieścić kilka tysięcy fanów, brawa dla organizatorów za tę lokalizację. Może wreszcie coś o muzyce. Grający na rozgrzewkę DJ serwował mieszankę broken beatów i IDM-u, wszystko oparte na beacie. Nieźle się zapowiada, pomyślałam wtedy. Gdy przed 22 na scenie pojawił się Aphex nie posiadałam się z radości, zapowiadał się dziki wieczór. Dziki to on może i był, owszem, ale na pewno nie tak, jakbym sobie tego życzyła. Trwający blisko dwie godziny set był istnym popisem jungle. Aphex prawie w ogóle nie grał utworów opartych na beacie [no, może grał tak jakieś 20 minut], nie można było tańczyć, ba! Trudno było się do tego rytmicznie pobujać! Byłam zawiedziona, bo nie tego się spodziewałam, pierwszy koncert Aphexa w Polsce, więc mógłby przypodobać się publiczności... Taa, przecież to Richard James. On ma gdzieś sympatię publiczności. Dopiero, gdy to do mnie dotarło i po wyjaśnieniu mi wszystkiego przez kolegę, zrozumiałam, o co tak naprawdę chodzi. Dopracowane, świetlne przedstawienie, lasery w roli głównej, promienie przecinające całą halę wzdłuż i wszerz, animacje rodem ze znanego wszystkim Commodore 64, nie mające sensu figury geometryczne nakładające się na siebie w niezrozumiałych kombinacjach miały na celu zahipnotyzowanie widzów. I to się udało. Gdy na telebimach pojawiła się twarz Richarda zniekształcana, jak w teledysku do "Come to Daddy", której towarzyszyło spowolnione miauczenie kota, dźwięk pianina, odgłos dziewczynki i Bóg wie co jeszcze, nie mogłam oderwać wzroku.
o tym mowa
Przez cały set, Richard tylko raz oderwał wzrok od laptopa. Tak, jakby chciał udowodnić, że wbrew temu co widzimy i słyszymy, kontroluje ten chaos i ma doskonałą świadomość tego, jak nieprzystępne dźwięki może generować. Jego skupienie na generowaniu dziwnych dźwięków, jeszcze bardziej budowało atmosferę. Psychodeliczne show, jakim uraczył mnie Aphex dosłownie zmieliło mi mózg, nie spałam następnej nocy, kolejnej śniła mi się wspomniana twarz Ryśka... Do tej pory mnie przeraża i jednocześnie fascynuje. Byłam na koncercie piątkowym, podobno w sobotę było jeszcze bardziej porąbanie.
PS
Aphex rządzi moim foobarem.
Etykiety:
Aphex Twin,
Fever Ray,
FNM,
koncert,
relacja,
Sacrum Profanum
niedziela, 30 sierpnia 2009
Nadrabiania zaległości ciąg dalszy.
27.08 rano: Queens of The Stone Age - Feel Good Hit of The Summer może to dlatego, że dzień wcześniej zastanawiałam się usilnie co jest między marihuaną, a alkoholem ;]
Cały tekst:
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Co-co-co-co-co-cocain
Co-co-co-co-co-cocain
i na żywo, Big Day Out 2003:
28.08 Trent Reznor, Peter Murphy, TV On the Radio - Dreams, szczególnie ostatnia partia Murphy'ego
Sesja z 2006 roku:
29.08 The Knife - Heartbeat, pewnie przez Karin. I tak już zostało cały dzień.
THE KNIFE - Heartbeats
27.08 rano: Queens of The Stone Age - Feel Good Hit of The Summer może to dlatego, że dzień wcześniej zastanawiałam się usilnie co jest między marihuaną, a alkoholem ;]
Cały tekst:
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Co-co-co-co-co-cocain
Co-co-co-co-co-cocain
i na żywo, Big Day Out 2003:
28.08 Trent Reznor, Peter Murphy, TV On the Radio - Dreams, szczególnie ostatnia partia Murphy'ego
Sesja z 2006 roku:
29.08 The Knife - Heartbeat, pewnie przez Karin. I tak już zostało cały dzień.
THE KNIFE - Heartbeats
piątek, 28 sierpnia 2009
ADHD na scenie
Jestem winna zaległą relację z mojego pierwszego Coke Live Music Festival. Uczestniczyłam w jednym dniu tej imprezy, konkretnie drugiego dnia, podczas którego na scenie miał pojawić się Lupe Fiasco.Organizacja, jak przystało na Alter Art, wzorowa. Moim zdaniem, jak na taki festiwal, było dość mało ludzi, chociaż dla mnie była to niewątpliwie zaleta tej imprezy.
Koncerty: O.S.T.R. [po raz nie wiem który], Gentleman, wspomniany już Lupe, częściowo 50 Cent [oj, chciałam chwilę popompować ;]] i na koniec Warszafski Deszcz.
Koncerty Ostrego chyba nie są w stanie mnie już zaskoczyć. I choć tym razem Ostry nie denerwował mnie tak bardzo swoimi opowiastkami, to występ ten nie różnił się znacznie od tego Opener'owego. Był tylko trochę krótszy, zatem nie będę się za bardzo nad nim rozwodzić.
Chwila przerwy i przy zachodzie słońca oglądałam występ niemieckiego reggae'owego zespołu Gentleman. Zaczęło się fajnie. Energicznie, skocznie, tanecznie, ale z czasem było już tylko coraz gorzej. Po 5 kawałku miałam wrażenie, że wciąż grają ten sam utwór. Zawsze uważałam, że nie nadaję się do słuchania reggae, zatem, jak dla mnie, nuda.
Po Gentlemanie przyszła pora na koncert wieczoru i występ, dla którego znalazłam się na Coke Festival, czyli Lupe Fiasco. Na scenie ten człowiek jest po prostu istnym wulkanem energii, cały czas skacze, robi w powietrzu dziwne akrobacje i fikołki. Muzycznie wszystko brzmiało bardzo dobrze, a warto tu nadmienić, że Lupe był wspomagany na scenie tylko przez DJ-a i perkusistę. Nie zabrakło znanych hitów, jak "Superstar", "Kick, push" i "Paris Tokyo", a także mniej znanych - "Streets on Fire" i "Hello/Goodbye". Lupe zagrał nawet pochodzący z jeszcze nie wydanego albumu utwór "Shining Down", który został świetnie przyjęty przez krakowską publikę. Nie zabrakło zabawy z publicznością w "Czy wiecie kim jestem?", podczas której mogliśmy usłyszeć m.in. "Touch the Sky" Kanye'a West'a, w którym Lupe udziela się na wokalu. Generalnie Lu wydawał się być zadowolony z przyjęcia, jakie zgotowała mu polska publiczność i na pewno się na niej nie zawiódł.

Do końca nie wiem, co robiłam na koncercie 50 Centa, ale oglądanie go w towarzystwie niejakiego Liroya [tak, tego od scyzoryka] uważam za jedno z bezcennych doświadczeń życiowych ;]
Na koniec wieczoru udałam się na koncert legendy polskiego hip-hopu, czyli Warszafskiego Deszczu.Tede i Numer Raz dość długo kazali na siebie czekać, ale zdecydowanie było warto. Nie wiem, czy to zasługa publiczności, czy wspólnego wysiłku naszego i WFD, ale jak dla mnie, był to koncert wieczoru. Niesamowita atmosfera - niby nic, 4 MC's, dwóch DJ-ów, jednak to, co działo się na scenie, a w szczególności przed nią po prostu mną wstrząsnęło. Oficjalnie wszem i wobec: JESTEM FANKĄ WFD. Dziękuję.
* oba zdjęcia: Mateusz Skwarczek/ Agencja Gazeta
środa, 26 sierpnia 2009
Podobno 10% ludzkości budzi się rano, mając w głowie jakąś piosenkę. 20% ludzkości ma w głowie jakiś utwór cały czas. Przez cały dzień, takiemu osobnikowi może "przewinąć się" nawet milion różnych melodii. Nie pamiętam, kiedy zaczęło się to u mnie, ale było to dość dawno. Rozpoczynam więc nowy cykl, w którym będę zamieszczać kawałki, które huczą mi w głowie rano.
Dzisiaj (26.08) było to Arcade Fire - No Cars Go. Tu genialne wykonanie z Glastonbury z 2007 roku.
I jeszcze utwór z wczoraj, przed Radiohead. David Bowie - Alabama Song, o którą prawie pokłóciłam się z Wyspą, ale na szczęście konflikt rozstrzygnęła Dominika. Tak, to jest cover The Doors :) Wykonanie z 2002 roku z koncertu w Berlinie.
Dzisiaj (26.08) było to Arcade Fire - No Cars Go. Tu genialne wykonanie z Glastonbury z 2007 roku.
I jeszcze utwór z wczoraj, przed Radiohead. David Bowie - Alabama Song, o którą prawie pokłóciłam się z Wyspą, ale na szczęście konflikt rozstrzygnęła Dominika. Tak, to jest cover The Doors :) Wykonanie z 2002 roku z koncertu w Berlinie.
+ 300 lansu

Byłam na Radiohead. Na koncercie, który już, moim zdaniem słusznie, został ogłoszony koncertem roku. Yorke i spółka zagrali dla 40 tysięcy ludzi zgromadzonych na poznańskiej Cytadeli. Wszystko zaczęło się kilka minut po godzinie 21, kiedy cały zespół pojawił się na scenie, przy towarzyszącym mu deszczu świetlnym. Zaczęli od "15 Step". How come i end up when I started? Thom Yorke na scenie, pod sceną istne szaleństwo. Oto stoi przed nami lider najważniejszego zespołu świata. Dla wielu fanów Radiohead to z pewnością jeden z najwspanialszych momentów ich życia.
Cały set oparty był głównie o kawałki z "Hail to the Thief" i "In Rainbows". Nie zabrakło zatem takich utworów, jak: "There There", "2+2=5" i "Myxomatosis" z tej pierwszej, a także m.in. "All I need", "Nude", "Reckoner", "Jigsaw Falling Into Place" z ostatniego albumu Radiowców. Resztę gigu wypełniały najbardziej znane utwory [żeby nie używać słowa "hity"], a więc "Karma Police", "The National Anthem", "Paranoid Android" i, przyznam szczerze, najbardziej wyczekiwane przeze mnie wykonanie "Idioteque" [THIS IS REALLY HAPPENING], gdzie Yorke zawsze wykonuje swój uroczo pokraczny taniec.
Thom Yorke okazał się zresztą świetnym showmanem. Wiadomo, jak niemal każdy lider zespołu, przykuwał 98% uwagi publiczności. Gdzieś jacyś Greenwoodowie, mało widoczny O'Brien, schowany Phil Selway, a Yorke? Yorke tańczy, Yorke śpiewa, Yorke żartuje z publicznością, Yorke gra na gitarze, fortepianie, perkusji... Artysta kompletny, no, chyba, że weźmiemy pod uwagę jego brak zdolności lingwistycznych - z prostym "dziękuję bardzo" [dziekuja badzo] musiał mu pomagać Ed O'Brien, bo publiczność niezbyt wiedziała, co Yorke chce nam powiedzieć. Na jednej próbie zresztą się skończyło. Potem kilka razy padało "thank you", co polska publiczność za każdym razem nagradzała burzą oklasków.
Sauron Yorke:
Cały koncert Radiohead to genialnie wyreżyserowane show. Show stworzone za pomocą kilkunastu rur zamontowanych nad sceną... Efekty świetlne, które się na nich pojawiały, robiły niesamowite wrażenie, szczególnie wtedy, gdy ilustrowały teksty, lub gdy teksty stanowiły wizualizację [patrz: "Everything In Its Right Place"]. Kamerki zamieszczone w niektórych rurach pozwalały na śledzenie ruchów poszczególnych muzyków. Dodatkowo obraz z kamer był wyświetlany na telebimie, zawieszonym z tyłu sceny. Wrażenie robiła na mnie obsługa techniczna, która w ułamkach sekund zmieniała lub podstawiała kolejne instrumenty.
Dwa razy wychodzili na scenę, przy głośnym skandowaniu publiczności. Nie, żeby nas tak bardzo lubili, podobnie było w Czechach i Austrii, z jednym, ale niemałym wyjątkiem. Oni nie mieli "Creep"
Przed tym ostatnim kawałkiem Yorke wygłosił najdłuższy tego wieczoru monolog, mówiąc o tym, że nie wiedział, jakie piosenki znamy, a jakich nie [znaliśmy wszystkie], ale "if you don't know this one, it means, that we screwd". Pierwsze dźwięki, myślę "skądś to znam, ale to przecież niemożliwe". A jednak. W najśmielszych oczekiwaniach, układając swoją setlistę marzeń, nie przyszło mi do głowy, że mogę usłyszeć "Creep" na żywo. Przecież ten kawałek jest znany z tego, że niezwykle rzadko pojawia się na koncertach! To był zdecydowany ukłon w stronę polskiej publiczności, za to, że tak długo musieliśmy czekać na ich drugi koncert w naszym kraju. Było warto. Anglicy nie mieli u siebie "Creep" od 8 lat. Kiedy sobie to uświadomiłam, najzwyczajniej w świecie się rozryczałam. Było już dawno po koncercie Radiohead, ostatnim kawałkiem rozłożyli mnie na łopatki. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane ich zobaczyć.
Kilka słów o supporcie Radiohead, czyli koncercie zespołu Moderat. Przyznaję bez bicia, że z twórczością panów Apparata i Modeselektora zapoznawałam się na dzień przed koncertem. Ich występ bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i podobał mi się o wiele bardziej, niż płyta. Świetne wizualizacje i przyjemna muzyka, sprawiły, że była to bardzo dobra zapowiedź Radiohead. Szkoda tylko, że Moderat grał tak wcześnie, gdy było jeszcze jasno, ponieważ ich klimat ich muzyki jest odczuwalny przy zgaszonym świetle. Nie mniej jednak, było to bardzo miłe koncertowe doświadczenie.
PS
Miastu Poznań dziękuję za organizację.
Subskrybuj:
Posty (Atom)