niedziela, 8 sierpnia 2010

Generał

Miało być od końca, a więc będzie. Coś, od czego nie mogę się ostatnio oderwać i to nie tylko ze względu na muzykę (choć ona jest oczywiście najważniejsza), ale przede wszystkim ze względu na osobowość, twórczość, dokonania, ekscentryczność, głos, wygląd... Ach, rozmarzyłam się... Proszę Państwa, pan Michael Allan Patton!



Nie znać choćby okrucha działalności tego człowieka to grzech. Duży. Większość kojarzy go głównie z Faith No More i oczywiście nie ma się co dziwić. W końcu to jedna z najlepszych i najważniejszych alternatywnych kapel lat 90. Ich muzyki nie da się jednoznacznie zaklasyfikować. Metal, rock, funk, hip-hop... Słuchając (katując!) ostatnio dyskografii tego zespołu, doszłam do wniosku, że wpływ ich twórczości można znaleźć w wielu kapelach, których lata świetności przypadają na późne lata 90. i początki nowego tysiąclecia. Mam tu na myśli głównie rozwój nu-metal'u, crossover'u, hardcore'u i wszystkich właściwie gatunków, które posługują się fuzją różnych stylów. W przypadku Faith No More nowatorskie podejście do tematu łączenia dźwięków odbywało się właśnie za sprawą Mike'a Patton'a. W końcu najlepsze lata FNM to "Era Generała".

Przed przyjściem do FNM w 1989 roku, Patton był wokalistą i głównym założycielem zespołu Mr. Bungle, z którym zresztą kontynuował współpracę przez cały okres działania w Faith No More. Z twórczością Mr. Bungle nie miałam sposobności się zapoznać, a piszę o tym tylko dlatego, ponieważ już na samym początku swej muzycznej drogi, Mike Patton okazał się mieć twórcze ADHD. Objawy tej choroby u Generała to przede wszystkim zaangażowanie w mnóstwo (często dziwnych i wydawałoby się egzotycznych) kolaboracji, tworzenie muzyki, którą trudno zaklasyfikować i przypisać choćby jedno, pasujące do wszystkich projektów określenie. Tyle tytułem wstępu.

Moja przygoda z Generałem zaczyna się oczywiście od Faith No More, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam w telewizji klip do utworu "Epic". Mimo, że pojawił się on przeszło 20 lat temu, wciąż jest to najbardziej rozpoznawalny utwór FNM. Podejrzewam, że winny temu jest sweter i skarpety:


Później oczywiście nieśmiertelne "Easy", usłyszane na jakieś składance "Ashes to Ashes" i teledysk do "Evidence", po którym stwierdziłam, że Mike to dobra dupa. Wszystko jakieś niepoukładane, do końca nieogarnięte, nieznane wręcz. Zdążyli się rozpaść, powrócić, zagrać w Polsce (ku***a!!!), a ja wciąż się na nich nie poznałam. Aż przyszedł pamiętny dzień któryś-tam-czerwca, kiedy zachciało mi się posłuchać Faith No More. Ot, tak. I wpadłam. I nic nie wskazuje, żeby miało to się zmienić.

Jakiż to jest genialny zespół! Pomijając już co grają, bo jak wspominałam, ciężko to określić. Melodia, teksty, linia basu!!! Kocham, kocham, kocham. I wyznaję, ale tylko to, co z Mike'em. Słuchając, mam wrażenie, że każdy kawałek jest z innej parafii i równie dobrze mógłby być grany przez 50 różnych kapel. Na tym właśnie polega styl Faith No More. I nie chodzi tu tylko o naturalny proces ewolucji "tego co aktualnie gramy". Na poszczególnych albumach również mamy mix wszystkiego. Raz rapuje, raz śpiewa falsetem, innym razem operowym basem, raz funkuje, raz warczy tak, że nie można go zrozumieć... Mike oczywiście. Reszta zespołu to tylko tło dla jego rozbuchanego, muzycznego ego. I nie jest ono rozbuchane bez powodu. Takich rzeczy, jakie wyczyniał w FNM nie słyszałam nigdzie, nawet u mojego Boga Reznora. Pomijam fakt, że to jeden z najlepszych męskich wokali w historii rocka. Na scenie istne zwierzę. Koledzy z zespołu wydają się za nim nie nadążać. W tym momencie mam ochotę wkleić tu mnóstwo filmików z youtube'a by potwierdzić, to co napisałam. Ograniczę się do dwóch.

Poker Face/Chinese Arithmetic Download 2009


Midlife Crisis Phoenix 1997


Nieźle nie? A to tylko niewielka próbka tego, co dzieje się na koncertach z udziałem Mike'a

Znany powszechnie pracoholizm Generała powoduje liczne kolaboracje i projekty. Współpracował z Bjork, Massive Attack, John'em Zorn'em, Amon'em Tobin'em, Rahzel'em, czy Sepulturą. Nagrał album z mistrzami turntablismu X-Ecutioners, ambientowy z Norwegiem Kaadą, heavy metalowe przeróbki głównych motywów filmowych z własnym projektem Fantomas, stworzył eksperymentalny projekt z Tomahawk, alternatywny Peeping Tom, a ostatnio zabrał się za własne aranżacje włoskich przebojów z lat 60. Mało? Dodam, że robi muzykę do filmów i często pojawia się gościnnie na koncertach zaprzyjaźnionych zespołów.

Prywatnie płynnie po włosku, ma doskonały kontakt z fanami, specyficzne poczucie humoru, które uwielbiam, a w dodatku jest przeskromny. W jednym z wywiadów, na słowa dziennikarki: "Jako legenda muzyki rockowej..." przerwał i powiedział: "Legenda? Dopiero zamierzam nagrać płytę, po której może się nią stanę". Zatem czekam, choć dla mnie już jest wielki.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Wielki comeback!

Bo jak słyszysz "umiesz, a nie piszesz", to Cię, za przeproszeniem, szlag trafia c'nie? No to coś napiszę może... Tylko o czym? Tyle tego było! To zacznę od końca. Jutro.

poniedziałek, 5 października 2009

Buńczuczny*

Redaktor: - Co myślisz o zespołach rockowych, takich jak Radiohead, które twierdzą, że inspirują się Twoją twórczością?

Rysiek: - Pewni artyści mogą lubić moją muzykę, bo po prostu sami nie są w stanie jej nagrać, nie mają takiego sprzętu i możliwości.

Przeczytane w październikowej Machinie.


*przen. zawadiacki, pewny siebie, wyzywający.

czwartek, 1 października 2009

Utalentowany Pan Gosling



W życiu jest tak, że czasami zachwycają cię rzeczy, po których nigdy byś się tego nie spodziewał/a. Urzekają cię, choć nie wiesz dlaczego. Taka sytuacja przytrafiła mi się niedawno, podczas przesłuchiwania imiennej płyty Dead Man's Bones. To nie mój klimat, wolę jak z głośników uderzają mocne rytmy z 'grubym basem'. A tu taka niespodzianka. Tak naprawdę postanowiłam sprawdzić ten album tylko ze względu na Ryan'a Gosling'a, którego do tej pory podziwiałam za talent aktorski, a teraz odkrył swój kolejny talent - jest świetnym wokalistą i muzykiem [gra na pianinie i gitarze]. Skład Dead Man's Bones uzupełnia jeszcze Zach Shields.



Muzyka Dead Man's Bones to wyrafinowany, amerykański folk, nad którym krąży duch The Doors [co najlepiej słychać w kawałku "In the Room Where You Sleep"]. Całość jest bardzo oszczędna, wręcz minimalistyczna. Utwory grane są na dwa instrumenty [pianino, perkusja, gitara i instrumenty dęte w różnych kombinacjach]. Absolutnym strzałem w dziesiątkę jest współpraca Dead Man's Bones z chórem dziecięcym. Brzmi to po prostu fenomenalnie - utwory takie jak "Pa Pa Power" [mój absolutny faworyt], czy najbardziej znany utwór DMB, "Lose Your Soul" bez chóru nie brzmiały by tak dobrze. Niemal każdy z dwunastu utworów na płycie czymś mnie urzekł. Może to głos Goslinga, może to przyjemne melodie, a może dziecięcy chór, w każdym razie wiem, że ten album często będzie gościł w moich słuchawkach podczas długich, październikowych wieczorów.

wtorek, 29 września 2009

Kto wcześnie wstaje...

...temu się nudzi, więc z braku lepszych zajęć, nadrabia zaległości.




Do moich koncertowych zdobyczy jakiś czas temu dołożyłam dwóch artystów, uchodzących za swoiste gwiazdy muzyki elektronicznej. Pomimo, iż tworzą oni zupełnie różne rodzaje tego gatunku, zarówno ich koncerty, jak i aspekt pozamuzyczny, mają wiele wspólnego. Mam tu na myśli Karin Dreijer Andersson, znanej jako wokalistkę The Knife, a obecnie również z solowego projektu Fever Ray, oraz Richarda Davida Jamesa, twórcy niezliczonych projektów - najlepiej znany jako Aphex Twin. Co łączy tych państwa? Na pewno nie muzyka, Fever Ray, który miałam okazję zobaczyć, to przede wszystkim łagodny ambient, Aphex z kolei, to... No, właśnie. Twórczości Richarda nie da się jednoznacznie zakwalifikować. Z pewnością najlepiej są znane jego dokonania ambientowe [Selected Ambient Works], ale 'hitami' stawały się kawałki czysto IDM-owe ["Windowlicker" i "Come to Daddy"]. Przewrotność Aphexa widać na każdym kroku - niby dużo gra, koncertuje, jest częstym bywalcem najlepszych europejskich klubów, a mimo to, ma gdzieś zdanie fanów i od wielu lat po prostu 'robi swoje'. Podobnie jest z Karin. Uwielbienie fanów nie przeszkadza jej w zachowaniu odpowiedniego dystansu i powściągliwości w relacjach z nimi. Muzycznie również ich nie rozpieszcza - chłodne, klimatyczne dźwięki sprawiają, że jest to muzyka mniej przystępna, niż choćby wspomniany przeze mnie wcześniej The Knife.

Miało być koncertowo, a zatem: panie przodem.

Koncert Fever Ray był dla mnie główną atrakcją drugiego dnia Festiwalu Nowa Muzyka w Katowicach. Przyznaję bez bicia. Ani The Knife, ani Fever Ray nie są projektami, których słucham na co dzień, ba, nigdy w żaden się jakoś specjalnie nie wkręciłam. Jednak cała otoczka towarzysząca obu, rozbudza ciekawość i chęć zobaczenia przynajmniej jednego z nich, a ponieważ uczestnictwo w koncercie The Knife graniczy z cudem, zaproszenie Karin solo okazało się świetnym przedsięwzięciem. Scena, na której miała pojawić się Szwedka, już na kilka godzin przed występem była przygotowana na jej nadejście. Staromodne lampy, dywany już wtedy wskazywały, że może być to koncert niezwykły. I takim był w istocie. Po raz pierwszy tego dnia, namiot, w którym odbywał się koncert, został zapełniony po brzegi. Niezawodny instynkt przepychacza po raz kolejny pozwolił mi na zobaczenie koncertu dokładnie, w każdym szczególe. Gdy na scenie na moment zgasły wszystkie światła i pojawili się muzycy, ubrani w interesujące stroje, wszyscy zasłoniętymi [lub pomalowanymi] twarzami, już wiedziałam, że ów koncert będzie niesamowitym doznaniem.


Fot. Marta B=aoejowska / AG

Gdzieś za plecami muzyków, zupełnie z tyłu, na samym końcu, pojawiła się sprawczyni całego zamieszania, ubrana w imitację niedźwiedziej skóry, przymocowanej do stelaża. Ok, nie spodziewałam się czegoś takiego. Nigdy nie potrafiłam wyobrazić sobie głosu Karin brzmiącego na żywo. Przyznam szczerze, że trochę się tego obawiałam, jednak zupełnie niepotrzebnie. Wokal Karin idealnie pasował do całego spektaklu, doskonale budując napięcie i współgrając z zapierającymi dech w piersiach pokazami laserów. Trwający ponad godzinę koncert, właściwie trudno jest nazwać koncertem. Dla mnie było to genialne, dopracowane w każdym detalu przedstawienie. Stroje, światła, zachowanie muzyków sprawiło, że było to niesamowite, wręcz mistyczne doznanie, które stawia koncert Fever Ray wysoko w rankingach moich najlepszych tegorocznych koncertów.

Gdy dowiedziałam się o planowanym występie Aphex Twina na krakowskim festiwalu Sacrum Profanum, bardzo się ucieszyłam. Bo lubię jego twórczość, bo fajnie byłoby potańczyć przy "Windowlickerze", bo to żywa legenda muzyki elektronicznej i kilka innych 'bo'. Dobra zacznę od początku, czyli momentu, w którym moja noga przekroczyła granicę huty im. T. Sendzimira. Lepszego miejsca na koncert Aphexa po prostu nie mogłam sobie wymarzyć. Surowe, industrialne przestrzenie, świetnie oddawały klimat. Na środku wielkiej hali, w której miał się odbyć set, postawiono ptasie gniazdo - wysokie rusztowanie, z górną częścią otoczoną pleksiglasem. Cała hala mogła bez problemu pomieścić kilka tysięcy fanów, brawa dla organizatorów za tę lokalizację. Może wreszcie coś o muzyce. Grający na rozgrzewkę DJ serwował mieszankę broken beatów i IDM-u, wszystko oparte na beacie. Nieźle się zapowiada, pomyślałam wtedy. Gdy przed 22 na scenie pojawił się Aphex nie posiadałam się z radości, zapowiadał się dziki wieczór. Dziki to on może i był, owszem, ale na pewno nie tak, jakbym sobie tego życzyła. Trwający blisko dwie godziny set był istnym popisem jungle. Aphex prawie w ogóle nie grał utworów opartych na beacie [no, może grał tak jakieś 20 minut], nie można było tańczyć, ba! Trudno było się do tego rytmicznie pobujać! Byłam zawiedziona, bo nie tego się spodziewałam, pierwszy koncert Aphexa w Polsce, więc mógłby przypodobać się publiczności... Taa, przecież to Richard James. On ma gdzieś sympatię publiczności. Dopiero, gdy to do mnie dotarło i po wyjaśnieniu mi wszystkiego przez kolegę, zrozumiałam, o co tak naprawdę chodzi. Dopracowane, świetlne przedstawienie, lasery w roli głównej, promienie przecinające całą halę wzdłuż i wszerz, animacje rodem ze znanego wszystkim Commodore 64, nie mające sensu figury geometryczne nakładające się na siebie w niezrozumiałych kombinacjach miały na celu zahipnotyzowanie widzów. I to się udało. Gdy na telebimach pojawiła się twarz Richarda zniekształcana, jak w teledysku do "Come to Daddy", której towarzyszyło spowolnione miauczenie kota, dźwięk pianina, odgłos dziewczynki i Bóg wie co jeszcze, nie mogłam oderwać wzroku.

o tym mowa


Przez cały set, Richard tylko raz oderwał wzrok od laptopa. Tak, jakby chciał udowodnić, że wbrew temu co widzimy i słyszymy, kontroluje ten chaos i ma doskonałą świadomość tego, jak nieprzystępne dźwięki może generować. Jego skupienie na generowaniu dziwnych dźwięków, jeszcze bardziej budowało atmosferę. Psychodeliczne show, jakim uraczył mnie Aphex dosłownie zmieliło mi mózg, nie spałam następnej nocy, kolejnej śniła mi się wspomniana twarz Ryśka... Do tej pory mnie przeraża i jednocześnie fascynuje. Byłam na koncercie piątkowym, podobno w sobotę było jeszcze bardziej porąbanie.


PS
Aphex rządzi moim foobarem.

niedziela, 30 sierpnia 2009

Nadrabiania zaległości ciąg dalszy.

27.08 rano: Queens of The Stone Age - Feel Good Hit of The Summer może to dlatego, że dzień wcześniej zastanawiałam się usilnie co jest między marihuaną, a alkoholem ;]

Cały tekst:
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Nicotine, valium, vicodin, marijuana, ecstacy, and alcohol
Co-co-co-co-co-cocain
Co-co-co-co-co-cocain

i na żywo, Big Day Out 2003:


28.08 Trent Reznor, Peter Murphy, TV On the Radio - Dreams, szczególnie ostatnia partia Murphy'ego

Sesja z 2006 roku:


29.08 The Knife - Heartbeat, pewnie przez Karin. I tak już zostało cały dzień.


THE KNIFE - Heartbeats

piątek, 28 sierpnia 2009

ADHD na scenie

Jestem winna zaległą relację z mojego pierwszego Coke Live Music Festival. Uczestniczyłam w jednym dniu tej imprezy, konkretnie drugiego dnia, podczas którego na scenie miał pojawić się Lupe Fiasco.

Organizacja, jak przystało na Alter Art, wzorowa. Moim zdaniem, jak na taki festiwal, było dość mało ludzi, chociaż dla mnie była to niewątpliwie zaleta tej imprezy.

Koncerty: O.S.T.R. [po raz nie wiem który], Gentleman, wspomniany już Lupe, częściowo 50 Cent [oj, chciałam chwilę popompować ;]] i na koniec Warszafski Deszcz.

Koncerty Ostrego chyba nie są w stanie mnie już zaskoczyć. I choć tym razem Ostry nie denerwował mnie tak bardzo swoimi opowiastkami, to występ ten nie różnił się znacznie od tego Opener'owego. Był tylko trochę krótszy, zatem nie będę się za bardzo nad nim rozwodzić.

Chwila przerwy i przy zachodzie słońca oglądałam występ niemieckiego reggae'owego zespołu Gentleman. Zaczęło się fajnie. Energicznie, skocznie, tanecznie, ale z czasem było już tylko coraz gorzej. Po 5 kawałku miałam wrażenie, że wciąż grają ten sam utwór. Zawsze uważałam, że nie nadaję się do słuchania reggae, zatem, jak dla mnie, nuda.

Po Gentlemanie przyszła pora na koncert wieczoru i występ, dla którego znalazłam się na Coke Festival, czyli Lupe Fiasco. Na scenie ten człowiek jest po prostu istnym wulkanem energii, cały czas skacze, robi w powietrzu dziwne akrobacje i fikołki. Muzycznie wszystko brzmiało bardzo dobrze, a warto tu nadmienić, że Lupe był wspomagany na scenie tylko przez DJ-a i perkusistę. Nie zabrakło znanych hitów, jak "Superstar", "Kick, push" i "Paris Tokyo", a także mniej znanych - "Streets on Fire" i "Hello/Goodbye". Lupe zagrał nawet pochodzący z jeszcze nie wydanego albumu utwór "Shining Down", który został świetnie przyjęty przez krakowską publikę. Nie zabrakło zabawy z publicznością w "Czy wiecie kim jestem?", podczas której mogliśmy usłyszeć m.in. "Touch the Sky" Kanye'a West'a, w którym Lupe udziela się na wokalu. Generalnie Lu wydawał się być zadowolony z przyjęcia, jakie zgotowała mu polska publiczność i na pewno się na niej nie zawiódł.


Do końca nie wiem, co robiłam na koncercie 50 Centa, ale oglądanie go w towarzystwie niejakiego Liroya [tak, tego od scyzoryka] uważam za jedno z bezcennych doświadczeń życiowych ;]
Na koniec wieczoru udałam się na koncert legendy polskiego hip-hopu, czyli Warszafskiego Deszczu.Tede i Numer Raz dość długo kazali na siebie czekać, ale zdecydowanie było warto. Nie wiem, czy to zasługa publiczności, czy wspólnego wysiłku naszego i WFD, ale jak dla mnie, był to koncert wieczoru. Niesamowita atmosfera - niby nic, 4 MC's, dwóch DJ-ów, jednak to, co działo się na scenie, a w szczególności przed nią po prostu mną wstrząsnęło. Oficjalnie wszem i wobec: JESTEM FANKĄ WFD. Dziękuję.

* oba zdjęcia: Mateusz Skwarczek/ Agencja Gazeta